Ostatnio dostałam na instagramie (btw., insta traktuję bardziej prywatnie, mało tam informacji blogowych, dlatego tam nie odpisuję zazwyczaj w takich kwestiach) pytanie odnośnie filtrów – “czy jest coś, co jest w stanie Cię przekonać do nieużywania filtrów?”. Podobno wśród blogerek zapanowała teraz moda na odstawianie filtrów i tłumaczenie, że korzyści z ich stosowania nie są widoczne, a także że nakładanie ich w przepisowej ilości to udręka. Jako że nie śledzę za mocno obecnych trendów, nie miałam o tym pojęcia, ale i tak nie wpłynęłoby to na moją opinię (np. tutaj jest bardziej naukowo), teraz powiem krótko:

 

Filtry stosować będę zapewne do końca życia  i nie wyobrażam sobie opcji, żeby z nich całkowicie zrezygnować

Oczywiście w miarę upływu lat nie mam też już takiego restrykcyjnego podejścia, np. nie filtruję się przebywając w domu, albo wychodząc o 7 rano na krótki spacer z psem. Ale już sobie nie wyobrażam pominięcia tego kroku, kiedy wychodzę gdzieś na dłużej. I serio, nadal jestem zdania, że można znaleźć filtry, które świetnie współpracują z makijażem i W NICZYM nie przeszkadzają na co dzień. Przykładem są właśnie filtry azjatyckie, którym jestem wierna już od kilku lat.

I owszem, te filtry czasami charakteryzują się jednak nieco niższym stopniem ochrony, niż np. filtry LRP dostępne w aptece. Ale coś za coś – dzięki temu rzeczywiście przyjemniej się zazwyczaj nakładają i ogólnie mają większe walory “użytkowe”. Filtry azjatyckie stopniowo zyskują na popularności i teraz nie trzeba zamawiać już wszystkich z ebaya. Te najbardziej popularne są już całe szczęście dostępne w Polsce. I chwała niebiosom, bo ja teraz jestem taka nieogarnięta, że zorientowałam się dopiero na początku wakacji, że filtr mi się kończy; ale po paru dniach miałam już nowe. Za oba zapłaciłam chyba w okolicach 120 zł, ok. 60 zł za sztukę.

 

Obecnie popularne filtry azjatyckie dostępne w Polsce – moja opinia

Zdecydowałam się od razu na zamówienie dwóch różnych filtrów i to była dobra decyzja. Lato było tak upalne, że praktycznie obie tubki mam już na wykończeniu, a nigdzie nie byłam w tropikach się opalać 😉

Pierwszy z tych filtrów to obecnie świecący triumfy SKIN79 WATERPROOF SUN GEL UV SPF50+

A drugi wzięłam, bo producentem jest Missha – marka, do której mam sentyment, bo od niej zaczęła się moja przygoda z azjatyckimi filtrami (All Around Safe Block Daily Sun SPF50+/PA++++). Ten drugi chyba jest nieco mniej popularny, ale również nie miałam problemów z dostępnością.

 

Moja skóra

Jak wiecie, moja cera jest ostatnio mieszana, ze skłonnością do niedoskonałości (zaskórników) zwłaszcza na policzkach, oraz z przetłuszczającą się strefą T. Kupując filtr zawsze zwracam więc uwagę, aby był jak najmniej tłusty i nie wzmagał błyszczenia skóry. No i rzecz jasna, żeby nie zapychał.

 

Wygląd na skórze i odczucia

I pod tym względem wygrywa Missha. Missha ma typowo kremową, nieco tępą konsystencję, idealną dla cer tłustych (jeśli masz jakieś suche skórki, lubi niestety je podkreślać). Nieco też bieli, ale nie jest to efekt, jakiego nie dałoby się przygasić później pudrem.

Z kolei Skin79 jest mokry w dotyku, jego żelowa konsystencja sprawia, że nieco dłużej się wchłania. I nawet po dłuższym odczekaniu zostawia na twarzy efekt “glow”, którego ja osobiście nie lubię i nie potrzebuję, ale są różne preferencje. Skin79 ma też dość intensywny zapach, który niektórym osobom może przeszkadzać. Dodatkowo jest go trudno nałożyć w przepisowej ilości – dzięki wodnistej konsystencji wystarczy zaledwie odrobina produktu. A, jak dobrze wiemy, w przypadku filtrów wcale nie jest to zaleta, bo w mniejszej ilości produkt nie zapewni deklarowanego stopnia ochrony.

 

Na zdjęciu poniżej – z lewej buzia bez niczego, z prawej – na jednej połowie twarzy nałożyłam Misshę, na drugiej Skin79. Efekt tak intensywnego świecenia się buzi mija niestety dopiero po ok. 20 minutach i dopiero wtedy można nałożyć jakiś dalszy makijaż, przynajmniej w moim przypadku.

 

Krótkie porównanie składów

Różnica w konsystencji i zachowaniu na skórze staje się zrozumiała, kiedy zerkniemy na skład. Missha ma dość wysoko bielący dwutlenek tytanu, a także odpowiadające za efekt matujący krzemionkę oraz lekki silikon. W połączeniu z obecnym dość wysoko alkoholem – będzie matowić, ale może i lekko wysuszać.

Z kolei Skin79 w ogóle nie ma w składzie alkoholu ani krzemionki, a silikony są pod koniec, więc to naturalne, że będzie się wydawał bardziej tłusty. Czy też, zgodnie z opisem producenta, wodnisty. Powinien za to z kolei mieć lepsze właściwości pielęgnujące dzięki zawartości ekstraktów roślinnych dość wysoko w składzie. Missha z kolei również ma ekstrakty w składzie, ale są one tak daleko, że pełnią raczej rolę symboliczną, niż cokolwiek zmieniają.

 

Co z ochroną?

Jeśli chodzi o stopień ochrony przeciwsłonecznej, to w przypadku obu kremów producent deklaruje SPF50 / PA++++, czyli najwyższy według azjatyckich standardów, odpowiadający polskiemu PPD >16. Oznacza to, że kosmetyki sprawiają, że nasza skóra pochłonie 16 razy mniej promieniowania UVA niż bez filtra. Nie jest to szałowy stopień ochrony, biorąc pod uwagę rekordowe LRP, gdzie niektóre filtry mają PPD w granicach 40, ale tak jak mówiłam: trzeba wypośrodkować plusy i minusy, jeśli chce się używać filtrów całe życie.

W Skin79 trochę brakuje mi w składzie jakiegoś filtra nowej generacji oraz przeszkadza mi jeszcze obecność triethanolamine (o innych szkodliwych składnikach kosmetycznych poczytasz tutaj). Missha ze względu na mieszankę sporej ilości dwutlenku tytanu i stabilnego filtra chemicznego wydaje mi się bardziej godna zaufania. To i jej lepsze walory użytkowe sprawiały, że w te najgorętsze dni tego lata używałam jej częściej.

 

Podsumowując: filtry azjatyckie dostępne w Polsce – czy polecam?

Powiem tak: bardzo się cieszę, że filtry azjatyckie stają się coraz lepiej dostępne. Mam nadzieję, że sprawi to, że jeszcze więcej kobiet zdecyduje się używać filtrów na co dzień, a nie tylko na plażę. Natomiast jednak wybór tych filtrów nie jest jeszcze szalony. I mówiąc szczerze, trochę nie rozumiem fenomenu popularności Skin79. Owszem, to przyzwoity filtr, jednak dla tłustych cer bardziej polecałabym właśnie np. Misshę.

Nie ma co jednak ukrywać, że oba na tle większości filtrów z apteki wypadają bardzo dobrze. Chociaż, i te apteczne marki prześcigają się w tworzeniu filtrów o coraz lepszych walorach użytkowych.

 

Miałyście może któryś z tych filtrów? Jeśli tak, z chęcią posłucham czy macie podobne odczucia?

 

PS. Nie wiesz, jak to wszystko poukładać w skuteczny plan pielęgnacji?

Zamów