Dziwnie się zasiada do pisania nowego posta po kilkumiesięcznej przerwie – ale kiedyś trzeba się przełamać. Miałam powody, dla których tak się stało (więcej wiedzą czytelniczki newslettera), ale też nie ma co ukrywać, po prostu chciałam sobie odpocząć. Wychodzę z założenia, że prowadzenie bloga ma być przyjemnością, nie obowiązkiem, i chyba dzięki temu tak długo udaje mi się go utrzymać! 😉

 

Ok, ale dziś mam dla Was temat konkretny – a mianowicie: instrukcję + kilka słów opinii.

Krem z glukonolaktonem, o którym mowa, to wynalazek, który towarzyszy mi nieustannie od kilku miesięcy.

Oczywiście w różnych wersjach – i w tym tkwi piękno robienia własnoręcznie kosmetyków, że można w każdej nowej partii kremu coś ulepszyć, coś zmienić, i krem ma już trochę inne właściwości. Jednak w każdej wersji powtarza się jeden składnik – glukonolakton, który należy do grupy kwasów PHA.

 

Dlaczego właśnie glukonolakton?

W obecnym stanie nie mogę używać kwasu salicylowego w nadmiernych ilościach, a poza tym chcę używać glukonolaktonu głównie ze względu na jego właściwości nawilżające, przeciwzmarszczkowe, a nie złuszczające. Ale oczywiście wszystko zależy od stężenia: jeśli dodacie go więcej, to krem będzie działał i delikatnie przeciwtrądzikowo, natomiast nie jest to spektakularne działanie (jeśli szukacie czegoś, co działa mocniej, trzeba wybrać tonik z ok. 14% stężeniem PHA, ja właśnie zamówiłam 15% toniku z mazideł i na pewno dam znać jak wrażenia). Ponadto glukonolakton uwielbiałam i w innej postaci (stosowałam też go w formie toniku 6%).

Jeśli do tego dodamy jeszcze informację, że glukonolakton ma też działanie antyoksydacyjne, to robi się z kremu z jego udziałem idealny krem na dzień – i tak właśnie go stosowałam, na dzień.

 

Krem z glukonolaktonem – instrukcja wykonania

Wykonanie kremu z glukonolaktonem na bazie kremowej jest idealnie proste. Trzeba tylko wybrać właściwą, pojemną bazę, w której rozpuszczenie tego składnika w proszku nie będzie problemem. Jak może wiecie, moją ulubioną bazą jest ta z enaturalne, właśnie z tego powodu, że wszystko się ładnie łączy, nawet składniki w proszku, a gotowe kremy mają zwartą konsystencję, nie rozwarstwiają się. Jeśli Was mimo wszystko to przeraża, to na transmisji na facebooku pokazywałam krok po kroku jakie to proste:

 

Jakie jeszcze składniki, oprócz glukonolaktonu, wybrałam?

Receptura na ok. 60 g gotowego kremu przedstawiała się następująco:

ok. 6 g glukonolaktonu (stężenie 10%)

2 g kwasu HA

2 g aloesu zatężonego w płynie

2 g ekstraktu z czerwonego wina

4 g olej z czarnuszki

4 g olej z ogórecznika

ok. 40 g bazy kremowej

 

Oczywiście, jak wskazałam na filmie, jeśli nie macie wagi odmierzającej dokładnie gramy, możecie po prostu użyć łyżeczek miarowych. Glukonolakton jest na tyle łagodnym kwasem, że nawet jeśli odrobinę przesadzicie ze stężeniem, nie powinien robić problemów; nawet posiadaczkom cery wrażliwej.

 

Krótka opinia na temat kremu

Krem bardzo szybko się wchłania, zostawia skórę napiętą i nawilżoną, a tego mi właśnie obecnie trzeba. Dodatkowo przyspiesza znikanie krostek i niedoskonałości – zwłaszcza jeśli zestawię go wieczorami z effaclarem duo.

Ogólnie jestem zadowolona, chociaż przydałyby się jeszcze większe właściwości antyoksydacyjne. Co prawda jak nie robię makijażu to i tak nakładam na to jeszcze olejowe serum z wit. C (nowość z mazideł w mojej pielęgnacji, niedługo napiszę coś więcej), ale jak rano szybko muszę gdzieś wyjść to już tylko lecę z filtrem.

 

A stan cery? Obecnie nie jest źle, aczkolwiek zmarszczki w kącikach oczu już się robią. Dlatego właśnie uderzam w końcu po składniki i wykonam sobie krem pod oczy, bo ile można to odkładać. Stanisław, dziecię moje, jest już całkiem spore, więc trzeba i o siebie zadbać 😉

 

Glukonolakton polecam więc używać szczodrze i bez ograniczeń – taki to fantastyczny składnik, o!

A tymczasem zmykam korzystać ze Stanisławem z pięknej pogody!