Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć pewną historię. Nie wiem, na ile wśród czytelniczek mojego bloga znajdują się inne blogerki, ale mam nadzieję, że dla pewnych osób taki wpis może się okazać przydatny. Jeśli więc myślisz o założeniu bloga, albo już go prowadzisz, albo po prostu jesteś ciekawa, jak to wszystko może wyglądać od środka, to czytaj dalej.

 

Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że owszem, da się prowadzić, a przynajmniej założyć, bloga (prawie) za darmo.

Sama tak zrobiłam 6 lat temu, kiedy w wakacje spontanicznie usiadłam i założyłam bloga na blogspocie, niczego zupełnie o tym nie wiedząc! Byłam tak “łysa” w temacie (blogowanie nie było wtedy jeszcze tak “modne”), że przeżyłam prawdziwy szok, kiedy ktoś zaczął mnie czytać i pisać komentarze. Do dziś pamiętam pierwsze osoby, które u mnie komentowały! Co smutne, część z tych osób miała kiedyś bloga… ale już go nie prowadzi.

 

Bo właśnie niestety często tak się kończy, że fajne, wartościowe blogi zostają porzucone. 

Dlaczego? Bo często zakładają je np. studentki, kiedy mają więcej czasu, a potem przychodzi życie, praca i obowiązki. Dlatego blog, który jest traktowany wyłącznie jak hobby, czyli nie przynosi żadnych przychodów, a wręcz generuje koszty, staje się aktualizowany coraz rzadziej… i rzadziej. I co się dziwić? Jeśli jednocześnie pracujesz, zajmujesz się domem i dzieckiem, i chcesz mieć trochę wolnego czasu np. dla znajomych i męża, to rezygnujesz z jednej z tych rzeczy w pewnym momencie, bo po prostu nie dajesz rady.

 

Nadal jestem jednak zdania, że jeżeli dopiero zakładacie bloga, to warto ograniczać koszty na początku i dlatego te bezpłatne platformy nie są złe.

Zobaczycie, czy Wam się to podoba, czy macie odpowiedni zapał, a także motywację (bo przecież nie wystarczy wrzucić posta raz na pół roku, zwłaszcza na początku), a potem, jak już zobaczycie, że się wkręciłyście, że ma to sens, że macie coś ciekawego do przekazania ludziom – wtedy można inwestować w bardziej płatne formy.

 

Ja tak właśnie zrobiłam. Aż do 2014 r. byłam sobie na blogspocie, i wtedy koszty związane z prowadzeniem bloga nie były aż tak duże.

Tzn. zainwestowałam w jakiś lepszy aparat (chociaż jak wiecie, nadal moje zdjęcia nie są rewelacyjne, bo mam starego canona, którego już nawet nie produkują :D), z czasem we własną domenę, no i oczywiście mnóstwo środków przeznaczyłam na moją walkę z trądzikiem, dzięki której mogłam pisać o moich doświadczeniach, żeby przydało się potomnym. Byłam jednak jeszcze na studiach, miałam pracę dorywczą, a i rodzice od czasu do czasu coś pomogli, także nie było problemu.

 

Potem jednak przeszłam na wordpress i chociaż absolutnie nie żałuję tej decyzji, to koszty wystrzelają wtedy w górę. 

(O tym, dlaczego przeszłam na wordpress, już pisałam tutaj)

Na pewno są oczywiście blogerzy, którzy wydają o wiele więcej, ale i ja odkryłam, że nagle trzeba wydać na to, na to, i na tamto jeszcze. A że w międzyczasie skończyły się studia i zaczęła ciężka orka na etacie w korpo, wzięłam ślub, i dodatkowo rozkręcaliśmy z mężem mega kosztochłonny biznes produkcyjny i to trwa niestety do dzisiaj (jeszcze nic na tym nie zarabiamy, tylko generujemy koszty, bo urzędy w Polsce uwierzcie, to nie jest nic miłego), to nagle odkryłam, że cholercia, no fajnie, że moje wpisy się ludziom przydają, ale…

 

Albo ten blog zacznie zarabiać przynajmniej na swoje koszty, albo będę zmuszona go zamknąć. 

Bo, wbrew temu co niektórzy może (jeszcze) myślą, chociaż mam nadzieję, że jest takich osób coraz mniej, prowadzenie i utrzymanie bloga kosztuje.

Więc w pewnym momencie po prostu trzeba stanąć przed decyzją: albo zamykamy interes i mówimy sobie dość, albo te koszty jakoś trzeba pokryć.

 

Mnie do tego zmusiło właśnie otwieranie biznesu z mężem.

Nie wchodząc w szczegóły, najpierw do tego biznesu “produkcyjnego” mieliśmy mieć wspólnika, z którym dzieliliśmy się kosztami na pół, niestety nie wyszło. A że w międzyczasie była już podpisana umowa na wynajem lokalu i pożyczki na sprzęt, to doszłam do smutnego wniosku, że wydaję więcej niż zarabiam.

Serio, było aż tak źle, że myślałam, że musimy się z mężem poddać. Mimo tego, że już część pozwoleń w urzędach załatwiliśmy i nie chcieliśmy tego robić, to po prostu generowane koszty pochłaniały (i nadal pochłaniają) praktycznie całą moją pensję z etatu. Nie zostaje praktycznie nic, “na życie” była jeszcze przynajmniej wypłata męża, ale ja już nie miałam żadnych wolnych środków dla siebie. Gdyby nie upór męża, że damy radę, chyba byśmy się poddali, ale całe szczęście na ten moment jest już bliżej, niż dalej (jak wystartujemy, to się pochwalę!) 🙂

 

Chyba ciężko sobie w takiej sytuacji wyobrazić, że jeszcze dokładam do bloga, prawda?

Dlatego na początku 2016 r. postanowiłam sobie, że albo ten blog zacznie pokrywać przynajmniej miesięczne koszty, albo za rok go usuwam. Dałam sobie rok. Jak widać nadal istnieje blog, a więc przynajmniej pokrywam koszty, ale niestety nie jest to najbardziej “dochodowa” branża, więc jeśli myślicie, że zarabiam na tym jakieś grube miliony, to chciałam Was z błędu wyprowadzić.

 

A więc ile kosztuje prowadzenie bloga?

Tak jak wspomniałam, w zależności od etapu rozwoju Waszego bloga, może być to więcej, albo i mniej. Ja niektóre rzeczy sobie odpuszczam, a wiem, że niektóre blogerki bez nich żyć nie mogą.

Jakie koszty sobie odpuszczam?

  • reklamy na facebooku (nie robię – wiem, że może wtedy więcej osób by mnie zobaczyło, ale nie jestem w stanie teraz na to wydawać)
  • system do webinarów (mimo że są płatne, ja nadal korzystam z bezpłatnych metod – co prawda wówczas ustawiam wszystko ręcznie, co zajmuje ładnych kilka godzin, ale nie mam 300 dolców rocznie na to)
  • dobry aparat, fotografa, itede – nie znajdziecie u mnie niestety tych najpiękniejszych zdjęć
  • miałam też wtyczki do zapisów na newsletter (tworzenia ładnych okienek), ale odkąd mam mailerlite i divi, nie muszę się tym przejmować, bo są tam wbudowane formularze zapisów
  • mam też strasznie starą wersję photoshopa cs2, którą można kiedyś było pobrać za darmo 😀 a oprócz tego radzę sobie za pomocą canvy, picmonkey, itd.

 

A te koszty, których nie da się odpuścić, to w moim przypadku:

  • hosting i domena – łącznie 480 zł rocznie
  • szablon wordpress – ja korzystam z wielofunkcyjnego DIVI, dzięki czemu mogę w nim sobie zmieniać co chcę, 90 dolarów, czyli ok. 350 zł rocznie to jest link afiliacyjny, czyli jeśli również skorzystacie z divi, to otrzymam z tego tytułu drobną prowizję (dla Was nie zmeinia to ceny)
  • system do obsługi newslettera – korzystam z mailerlite, ok. 60 zł miesięcznie, czyli 720 zł rocznie (przekroczyłabym już limit 5000 subskrybentów miesięcznie i wtedy byłoby drożej, ale usuwam osoby, które nie otworzyły co najmniej 10 maili ode mnie z rzędu – w końcu za to płacę). Powyższy link to link afiliacyjny, czyli jeśli zarejestrujecie się z mojego polecenia i przejdziecie na plan płatny, to mogę obniżyć sobie np. pojedynczy abonament za miesiąc o połowę 😉
  • optimizepress – wtyczka, z której skorzystałam przy okazji tworzenia platformy walki z trądzikiemale nie tylko, wykorzystuję ją też do zapisów na newsletter, na webinary… 97 dolarów, czyli ok. 470 zł rocznie
  • mikrofon, kamerka, do webinarów – ok. 200 zł (całe szczęście jednorazowo)
  • easy digital downloads (m. in. do konsultacji) – sama wtyczka jest bezpłatna, ale rozszerzenia już nie, mam 2, więc kosztują 58 dolarów – ok. 280 zł rocznie
  • wtyczka social share – 19 dolców, ok. 90 zł rocznie
  • no i oczywiście same opłaty związane z prowadzeniem firmy – jako że jestem na etacie, to łącznie z księgowością i ZUSem na razie mieszczę się w 600 zł miesięcznie, czyli 7200 rocznie  (gdyby był to sam blog, byłoby nawet taniej, ale jeszcze ta działalność produkcyjna doszła).

 

Łącznie: ok. 9790 zł rocznie (można zaokrąglić do 10 000 złotych), czyli ok. 830 zł miesięcznie. I to nie są jeszcze duże koszty, dużo blogerek płaci więcej.

Oczywiście jak ma się firmę, to też wiadomo, że nie wszystko co się zarabia, trafia do kieszeni – należy odliczyć 23% VAT, podatek dochodowy… ale się w to już nie będę zagłębiać 😉

 

W 2016 roku stanęłam jednak przed takim wyzwaniem, że trzeba te koszty jakoś pokryć…

 

A więc jak można pokrywać te koszty?

Współprace – (dla mnie) nie tędy droga

Oczywiście nie wchodziło w rachubę liczenie na “współpracę” z agencjami (mówiąc szczerze, ostatni wpis sponsorowany na tym blogu pojawił się w grudniu 2015 r.). Po prostu agencje wybierają inne blogerki urodowe, których jest przecież tak mnóstwo, które pewnie mają większe zasięgi, które aktualizują bloga częściej, niż ja dawałam radę w obecnej sytuacji z biznesem i etatem na głowie (a teraz jeszcze ciążą). I nie mówię, że to źle i nie potępiam dziewczyn, które w ten sposób współpracują, po prostu ja nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby na to liczyć i trochę się w tym nie odnajdywałam, wolałam coś pewniejszego i na “swoich” warunkach.

Tak więc sobie postanowiłam, że chcę być blogerką, która pisze o tym, jak wygrać z trądzikiem i pomóc w tym innym. Taką misję sformułowałam sobie już w 2014 r. i jej się trzymam. Więc nie o wszystkim mogę i będę pisać.

 

Tzn. nie zrozumcie mnie źle: od czasu do czasu ktoś napisze do mnie w sprawie typowej “współpracy”,

ale zazwyczaj nie są to interesujące mnie propozycje i nie potrafimy się dogadać. Agencje chciałyby najchętniej coś za darmo, albo bardzo tanio, a ja nie chcę robić z bloga “śmietnika” i pisać takich wpisów sponsorowanych zbyt często. Poza tym  w obecnej sytuacji finansowej wymiana za produkt mnie średnio urządza – jak mam z niego opłacić czynsz za lokal do firmy czy pożyczki? Często też agencje oczekują, że produkt będzie przedstawiony w superlatywach, podczas gdy ja piszę “jak jest” (Italiana Max Kolonko) i np. dokładnie analizuję składy, zanim w ogóle podejmę decyzję o współpracy.

Także niestety droga “dorabiania” się na współpracach blogowych nie była dla mnie.

 

Jest jeszcze metoda afiliacji czy banerów…

W skrócie, polega to na tym, że można zalinkować na blogu do jakiegoś produktu i dostać z tego tytułu jakiś ułamek procenta, jeśli dana osoba kliknie w link / dokona zakupu. W moim przypadku jednak również nie zdaje to egzaminu, bo nie mam aż tak dużych zasięgów, i oczywiście nie będę polecać jakiegoś kosmetyku tylko dlatego, że dostanę prowizję. Działam raczej odwrotnie, czyli jak już o czymś napisałam, to patrzę, czy nie ma tych produktów w sieciach afiliacyjnych i podmieniam link. Oczywiście zawsze o tym wspominam we wpisie, ale na tym kokosów nie zarobię.

Banerów nie chcę, nie chcę robić z bloga śmietnika za marne grosze, więc są tam tylko “moje” wypociny graficzne 🙂 Tzn. mam jeden banerek właśnie afiliacyjny z ceneo, i tyle.

 

Ale zaczęłam tworzyć własne produkty. Zaczęłam ambitnie, z grubej rury, od kursu, którego wydałam w formie ebooka w 2016 r.

I wiecie co? To była porażka, bo tak chciałam, żeby był idealny, że wydałam na jego korektę, oprawę graficzną, praktycznie tyle samo, co i na nim zarobiłam. A poza tym nazwałam go kursem, podczas gdy był to po prostu ebook.

(PS. Teraz trochę go ulepszyłam, podzieliłam na lekcje, i jest dostępny jako jeden z kursów na mojej platformie wygraj z trądzikiem.)

Potem wpadłam na pomysł konsultacji i to był akurat dobry pomysł. Już dawno odkryłam, że nie ma sensu się zaharowywać odpisując na maile z prośbą o poradę, bo robiłam to przez kilka-kilkanaście godzin w tygodniu, a często w zamian nie dostawałam nawet zwykłego “dziękuję”… więc ja przeznaczałam na to swój prywatny czas, kosztem np. randki z mężem, a dana osoba miała to, za przeproszeniem, w pompie.

Kiedy pojawiły się konsultacje płatne, mogłam podejść do tego bardziej profesjonalnie, a i osoby, które skorzystały, zdecydowanie bardziej biorą sobie te serca moje rady, i osiągają dzięki temu rezultaty.

 

Natomiast jest minus takich indywidualnych konsultacji

Jaki? Są bardzo, ale to bardzo czasochłonne, a w związku ze Stasiem i projektem “tajemnicza-firma-razem-z-Cycu-The-Mąż”, nie mam aż tyle czasu, żeby ich jeden do jednego tyle udzielać. Dlatego teraz będę ich udzielać mniej i pewnie zostanie tylko opcja konsultacji rozbudowanych, tych droższych, albo będzie można zamówić sobie “wersję DIY” – przykładowy plan pielęgnacji do własnej modyfikacji (są już dostępne za 29 PLN tutaj).

 

A teraz? Powstała moja platforma z mini-kursami

W której również oferuję wsparcie, ale bardziej grupowe, nie 1:1. Tutaj, nauczona doświadczeniem, tworząc tę platformę starałam się ograniczać koszty tak, żeby przynajmniej wyjść na zero, bo naprawdę teraz nie mogę sobie pozwolić na wielotysięczne inwestycje, bez gwarancji, że się zwrócą (oczywiście nie wliczam w koszty wielu godzin mojej pracy, bo to oznaczało, że wszystko muszę przygotować sama).

Obróbka grafiki? Sama.

Obróbka wideo? Sama.

Przygotowanie platformy, zabezpieczenie jej, żeby tylko kursantki miały dostęp? Sama.

Przygotowanie poszczególnych podstron? Sama…

Itd. (oczywiście nie mówiąc o samym przygotowaniu merytorycznym, czyli kursów)

 

Całe szczęście dałam radę i platforma wygląda na to, że działa! Można do niej dołączyć w promocyjnej cenie (dostęp na rok za 119 PLN zamiast 149 PLN) jeszcze do jutra, do 29.05.2017 r., do godz. 10:00.

 

Mam nadzieję, że tym z Was, które posiadają własne blogi i myślą, jak zacząć na nich zarabiać, ten wpis się przyda!

 

PS. W ramach urlopu macierzyńskiego myślę też o założeniu bloga o e-mailu marketingu dla małych firm i blogerów (bo tym się zajmuję zawodowo, więc żeby nie wyjść przez rok “z obiegu”, pewnie coś takiego rozkręcę). Jeśli interesują Was takie tematy, to stworzyłam osobną listę mailingową, na którą możecie się zapisać TUTAJ.