Jest to chyba najbardziej osobisty post na moim blogu. Zazwyczaj nie publikuję tutaj za wielu informacji o moim życiu prywatnym. Co innego jest wrzucić na fejsa śmieszną anegdotkę pt. „co ostatnio wymyślił #CycuTheMąż”, a co innego poruszać taki temat, jak… poronienie. Obiecałam sobie jednak leżąc w szpitalu rok temu, że jak dojdę do siebie, to o tym napiszę, żeby inne kobiety w podobnej sytuacji wiedziały, że nie są z tym same.

 

Dlaczego więc zdecydowałam się o tym napisać?

Dlatego, że pamiętam, co przeżywałam rok temu i mam wrażenie, że ciągle niewystarczająco dużo się o tym mówi. Trochę się to zmienia dzięki wysiłkom Mama Ginekolog, ale ciągle jest to temat tabu. Że to się zdarza tak wielu kobietom. Gdybyśmy mówiły o tym częściej, może rok temu nie miałabym aż takiego poczucia, że świat się skończył i że jestem z tym sama?

 

Czyli po pierwsze, chcę dać nadzieję osobom, które właśnie to przeżywają, że kolejna ciąża po poronieniu może być udana. Mówię to z pełną świadomością, zerkając na leżącego obok mnie Stasia 🙂 Więc nawet jeśli teraz wydaje Wam się, że gorzej już być nie może, to uwierzcie – będzie lepiej i da się. A po drugie, chcę się sama przed sobą rozliczyć z tych emocji, bo oprócz męża, z nikim tak szczerze na ten temat nie rozmawiałam.

 

Według statystyk, poronienie przytrafia się w ok. 25% ciąż

Czyli co czwarta kobieta, która zajdzie w ciążę, niestety nie będzie cieszyć się z maleństwa. Oczywiście większość tych poronień odbywa się, zanim w ogóle kobieta zorientuje się, że jest w ciąży. Mnie niestety dotknął ten drugi przypadek, kiedy zdążyłam nacieszyć się ciążą przez dokładnie 10 tygodni, zanim usłyszałam od lekarza, że… „ta ciąża jest nieudana”.

Moja ciąża była zaplanowana, wyczekiwana, ale podejrzewam, że nawet jeśli ciąża jest niespodzianką, to przez te 10 tygodni kobieta może się już z myślą o dziecku oswoić. Nieśmiało zaczyna planować, jak maleństwo będzie miało na imię, zastanawia się, czy to chłopczyk, czy dziewczynka. A tu nagle dowiadujesz się, że jednak nie. Nie tym razem i w sumie nie wiadomo, kiedy się uda, bo mi – pewnie podobnie jak innym kobietom, które to przeżyły – przyszły wtedy do głowy myśli: „a co, jeśli coś ze mną jest nie tak, i w ogóle nie będę mogła mieć dzieci?”.

 

Dzisiaj mija od rok, od kiedy poroniłam pierwszą ciążę

I niestety pamiętam to tak, jakby to było wczoraj. Nie mogę powiedzieć, że się tego nie spodziewałam – niestety od początku badania wskazywały, że ciąża nie rozwija się prawidłowo, ale wiadomo, jak jest… zawsze ma się nadzieję, że w naszym przypadku jednak będzie wyjątek. Starałam się myśleć pozytywnie, nawet jak dostałam zwolnienie z pracy z diagnozą, że ciąża zagrożona. Wierzyłam w siebie i w swoje maleństwo. Niestety nie daliśmy rady i na wizycie kontrolnej dowiedziałam się, że dziecku nie bije serduszko, a od lekarza usłyszałam suche „to się zdarza” i dostałam skierowanie do szpitala na wywołanie poronienia.

 

Trudno wrócić po takiej diagnozie do normalności

Mi zajęło to co najmniej pół roku – stąd możecie zauważyć na przykład, że w drugiej połowie 2016 r. nie byłam za bardzo aktywna na blogu. Trudno myśleć o blogu, kiedy zastanawiasz się, czy kiedykolwiek jeszcze będziesz mieć dziecko i myślisz o tym, które utraciłaś.

Oczywiście jak najszybciej chciałam zajść w drugą ciążę. I chociaż dzisiaj jestem szczęśliwą mamą, to początkowe miesiące ciąży ze Stasiem nie były zbyt różowe – odliczanie kolejnych tygodni, potem miesięcy, aż do dnia, w którym nawet poród przedwczesny nie groziłby jego życiu. Miałam i tak to szczęście, że dość szybko po poronieniu byłam już w kolejnej ciąży, a wiem, że nie zawsze jest tak różowo i często po takiej sytuacji kobiety „blokują się” i mają z tym problemy.

 

W ogóle nie podoba mi się określenie, że poroniłam

Sugeruje to w jakiś sposób stronę czynną, że kobieta zawiniła. Podczas gdy większość poronień wynika z wad genetycznych, które powstają właśnie w tych pierwszych 3 miesiącach i niestety kobieta ani lekarz nie jest w stanie zrobić nic, aby temu zapobiec. Po prostu moje pierwsze dziecko nie było wystarczająco silne, aby znaleźć się na tym świecie. Myślenie w ten sposób trochę pomaga i dziś już nie mam do siebie pretensji. Niestety nic więcej nie mogłam zrobić…

Wiem też, że gdybym nie straciła pierwszej ciąży, to teraz nie byłoby obok mnie tej maleńkiej istotki, która właśnie kończy miesiąc. Byłby to inny Staś, albo jakaś dziewczynka może, ale to nie byłby mój Staś, którego już zdążyłam tak pokochać. I to podtrzymuje mnie na duchu w tym dniu rocznicy. Co nie zmienia faktu, że nigdy o moim pierwszym maleństwie nie zapomnę.

 

Mam nadzieję, że jeśli Was też to spotkało, to ten wpis da Wam nadzieję 

I uświadomi, że poronienia się zdarzają. Zdarzają się i to całkiem często, tylko po prostu się o tym nie mówi. Ja powiedziałam, żebyście wiedziały, że nie jesteście z tym same. I pamiętajcie, że jeszcze nastąpi dzień, w którym uśmiechnie się do Was Wasze maleństwo, bo w 90% przypadków kolejna ciąża po poronieniu kończy się już szczęśliwym porodem, czego ja i Staś jesteśmy najlepszym przykładem.